Natalia Sońska “Zakochaj się Julio”

Grudzień to dla mnie magiczny miesiąc. To czas mieniący się tysiącami kolorowych światełek, pachnący korzennymi ciasteczkami i rozbrzmiewający ulubionymi świątecznymi szlagierami. Pamiętam, kiedy w dzieciństwie nie mogłam się doczekać, kiedy tata zniesie ozdoby choinkowe ze strychu, a ja będę mogła całymi dniami przecierać je z kurzu i przekładać z pudełka do pudełka. Jak w dorosłym życiu nie zatracić tej dziecięcej radości? Cieszyć się z drobnostek i wcale a wcale się tego nie wstydzić! Pierwsze “Last Christmas” usłyszane w radio? Jej! Film o zakręconej rodzince, z domem przystrojonym milionem lampek? Jupi! Poranna kawa w kubku z bałwankiem? Hura! Świąteczna książka? Tak! Początek grudnia to idealny czas, aby sięgnąć po historie, które rozgrzeją lepiej niż herbata z imbirem i miodem. Ja zaczęłam od “Zakochaj się Julio” Natalii Sońskiej.

Julia Konarska jest nauczycielką matematyki w krakowskim liceum. Uwielbia swoją pracę i uczniów, więc kiedy dostaje propozycję spędzenia z nimi ferii zimowych w Zakopanem, nie waha się długo. Wyjazd ubiega na wspólnych wędrówkach, spacerach po mieście i szusowaniu po zaśnieżonych stokach. To właśnie na stoku Julia wpada niechcący na nieznajomego mężczyznę. Czarującego i przystojnego, aż się kręci w głowie i to z pewnością nie od upadku w śnieżny puch. Od tamtej chwili nasza bohaterka nie potrafi przestać o nim myśleć. Czy jeszcze spotka obiekt swoich westchnień?

Po “Zakochaj się Julio” sięgnęłam na początku grudnia, kiedy zapragnęłam poczuć atmosferę zbliżających się świąt, ale okazało się, że nie jest to typowo świąteczna książka, gdyż jej akcja rozpoczyna się w ferie zimowe, a kończy na początku lata. Jednak klimat, w szczególności pierwszych rozdziałów, jak najbardziej oddaje piękny zimowy czas, z zaśnieżonymi szczytami gór, mrozem szczypiącym w policzki i śniegiem skrzypiącym pod butami.

Zastanawiam się, czy na naszą opinię o książce wpływa czas, w którym po nią sięgamy? Być może czytając “Zakochaj się Julio” w innym czasie powiedziałabym, że jest banalna, ckliwa, przesłodzona i przewidywalna, ale akurat teraz bardzo potrzebowałam takiej historii. Kiedy kolejny dzień upływał naszej rodzinie pod znakiem okropnej grypy, powieść przyniosła mi chwilę wytchnienia i oddechu. Wprawdzie niczym mnie nie zaskoczyła, nie skłoniła do głębszych przemyśleń, ale nie żałuję czasu, który jej poświęciłam (tym bardziej że można ją przeczytać w jeden wieczór). Zatem jeśli potrzebujecie lektury lekkiej, niewymagającej, gdzie wszystko jest piękne jak z bajki, książka jest w sam raz dla Was.

W trzech słowach?
Dla chwili oddechu.