Magdalena Kostyszyn “Ch…owa Pani Domu”

Mam wrażenie, że ostatnimi czasy nastała moda na niedoskonałość. Z każdej strony w internecie i mediach społecznościowych bombardują nas użytkownicy dumnie nazywający się: nieidealna, nieperfekcyjna, zwyczajna, ch…owa i właśnie o tej ostatniej będzie dziś mowa.

W całej tej krzyczącej do nas głośno niedoskonałości widzę ciut hipokryzji, bo niby jestem taka nieperfekcyjna, a na wstawionych zdjęciach widzimy mieszkanie wysprzątane na błysk, dziecko smacznie śpiące w kołysce, a w dłoniach ozdobionych wyrafinowanym manicurem kubek cieplutkiej, parującej jeszcze kawy. Skoro to jest ta nieperfekcyjność to jak do jasnej cholery nazwać to co dzieje się na moich pięćdziesięciu metrach kwadratowych?!

Na okładce przeczytamy: <Książka-jak pisze autorka- powstała z tęsknoty za normalnością, z potrzeby stawienia czoła problemom współczesnych kobiet.> Po „Ch…ową Panią Domu” sięgnęłam z ogromną ciekawością, tym bardziej że jestem fanką profilu facebookowego autorki – Magdaleny Kostyszyn i nie raz przeglądając zamieszczone tam posty parskałam śmiechem, narażając się na dziwne spojrzenia współpasażerów w tramwaju albo Męża.

Przyznam szczerze, że sięgając po tę książkę miałam właśnie nadzieję, na takie wybuchy śmiechu. Tych jednak nie było wiele, tak naprawdę tylko przy jednym rozdziale ubawiłam się po pachy. Oczywiście milion razy uśmiechnęłam się półgębkiem i miałam ochotę przybić autorce piątkę, ale spodziewałam się trochę więcej. Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała, wręcz przeciwnie. Napisana jest z humorem, dużym dystansem do siebie i świata. Dobrze jest spojrzeć z innej perspektywy na cały ten pęd do doskonałości, który teraz opanował w szczególności nas kobiety.

Tematyka jest mi bliska szczególnie teraz, kiedy na świat przyszła moja Córeczka. Nagle standardy czystości, które obowiązywały w naszym domu obniżyły się. Nie przeszkadzają nam zabawki rozrzucone po całym dywanie, wózek rozstawiony na cały przedpokój czy sterta nieuprasowanych ubrań zalegająca na ulubionym fotelu (ponoć każdy taki ma :)). Szczerze, jeśli mam wybrać pozmywać naczynia czy poczytać wybiorę te drugie. Wolne chwile mam dla siebie tylko jak Córeczka śpi, więc jest ich naprawdę niewiele.

Warto więc w jedną rękę chwycić „Ch…ową…” w drugą kieliszek ulubionego wina i spędzić wieczór w towarzystwie ch…owych, u których podobnie jak u mnie w zlewie piętrzy się sterta brudnych garów. A co? Zmywanie nie zając…

W trzech słowach?
Nie jestem sama.